Duchy w Boxtel…

Zamieszczamy   opowieść   pana Kazimierza Góreckiego o Holandii i o jego spotkaniu z „duchami” w Boxtel…, gdzie przez jakiś czas nasz czytelnik mieszkał:) Panie Kazimierzu dziękujemy:)

A jeśli i Wy macie ciekawe historie związane z życiem w Królestwie Nederlandów przysyłajcie je na e-mail; alicja.storczyk@gmail.com z dopiskiem w tytule „Moja historia”

Pracowałem wówczas w Boxtel. To bardzo „przytulne” miasteczko w Holandii, dość typowe dla Północnej Brabancji, regionu leżącego przy granicy Belgijsko- Holenderskiej, liczące nieco ponad trzydzieści tysięcy mieszkańców. Do tego należałoby dodać około pięciu tysięcy Polaków pracujących w tutejszych, dość licznych przedsiębiorstwach produkcyjnych i zajmujących się logistyką, a także u miejscowych  boerów, czyli rolników. W przytłaczającej większości są oni tylko tymczasowymi jego  gośćmi, nie wliczonymi w poczet mieszkańców. Spokojne, dobrze zorganizowane, czyste i pełne przyjaznych ludzi miasteczko założone przez rodzinę van Boxtel, której liczne potomstwo funkcjonuje do dzisiaj w różnych częściach Holandii.

Po nieco ponad rocznym tułaniu się po kwaterach swego pracodawcy otrzymałem samodzielne mieszkanie z Woonstichting Sint Joseph, czyli przedsiębiorstwa powołanego przez miejscową gminę do budowania i administrowania domów i mieszkań na wynajem.

Moje mieszkanie było świetnym miejscem do życia. To były dwie sypialnie: podwójna i druga mała, która pozwalała zakwaterować gości. Ponadto ogromny salon połączony z dużym aneksem kuchennym. Była też oczywiście spora łazienka, oddzielna toaleta, praktyczny schowek, duża loggia i spory, funkcjonalny przedpokój. Zlokalizowane na trzecim piętrze wychodziło swymi oknami z jednej strony na prześliczny, neogotycki Kasteel Stapelen, a z drugiej na rozległy park i rzekę Dommel, która płynąc przez 35 km w Belgii przepływała przez Boxtel i niemal całą Brabancję licząc na całej długości 125 km. Poza tym, do mieszkania przynależny był w przyziemiach budynku schowek wielkości przeciętnej, polskiej kuchni, niezwykle czysty i porządnie wykończony, z szafkami na przechowywanie różnych „niezbędności”.

 

DSCN1841

Do wspólnego użytku była przechowalnia rowerów tak wielka, jak długi był budynek. Do dyspozycji mieszkańców był też ogromny ogród z dostępem do linii brzegowej pełnej ryb rzeki Dommel, stanowiący duży fragment zamkowego kompleksu parkowego. W ogrodzie, przy brzegu rzeki zbudowano ławeczki, na których można się było oddać wędkowaniu w niezwykłej i przepięknej scenerii.

Było to mieszkanie w budynku przeznaczonym dla seniorów ( czyli osób, które ukończyły 55 lat, tyle ile miałem ja właśnie wtedy, kiedy tam zamieszkałem). Z tego powodu architektoniczne rozwiązania umożliwiały bezproblemową komunikację na wózku inwalidzkim z parkingu pod domem do samego mieszkania i wewnątrz lokalu, Co piątek do domofonu zgłaszali się wolontariusze pytając czy nie potrzebujemy pomocy w zrobieniu zakupów, posprzątaniu czy ugotowaniu czegoś do jedzenia. Nigdy z ich pomocy nie korzystałem, a oni niestrudzenie, co piątek niezawodnie zgłaszali chęć niesienia pomocy. Była to jedna z wielu okoliczności, które określały dla mnie kraj Rubensa i wiatraków jako niezwykle ludziom przyjazny.

Budynek, w którym to mieszkanie było zlokalizowane jest fragmentem kompleksu o bardzo ciekawej historii i stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych Boxtel. Miejsce to nazywa się Stapelen. Dotyczy to zarówno zamku, jak i całego założenia parkowego i jest to także oficjalny adres budynku, w którym było moje mieszkanie. Etymologia tej nazwy kryje się w mrokach historii i różne funkcjonują na ten temat teorie. A to, że nazwa wywodzi się od wieży, a to, że palisady czy wreszcie od dzwonnicy. Najwcześniejsze źródło historyczne pisane pochodzi z 1134r i użyto tam nazwy Stapelen de Stapelo (w wolnym tłumaczeniu układanie stosu, sztaplowanie), zapewne funkcjonującej już wcześniej.

DSCN1831

Cmentarz przy zamku

Zamek został zbudowany w XIII wieku przez rodzinę van Randerode. Legenda głosi, że na terenie zamkowej kaplicy miał miejsce cud eucharystyczny.  Około 1400r podczas mszy celebrowanej przez księdza Eligiusa, na tkaninę, którą pokryty był ołtarz, rozlało się białe wino, które zamieniło się w czerwoną plamę. Tej plamy w żaden sposób nie można było zmyć. Ksiądz tkaninę i całą sprawę zachował w tajemnicy. Dopiero na łożu śmierci zdradził ją ówczesnemu włodarzowi zamku, którym był Willem van Merheim. Ten sprawę nagłośnił, ale cud nie został uznany. Jednak duchowni zgodzili się na odbywanie procesji Świętej Krwi odbywającej się co roku w pierwszą niedzielę po zesłaniu Ducha Świętego aż do teraz. Stapelen miała bardzo wielu właścicieli, aby ostatecznie zostać zakupioną w 1815r. przez radnego  ‚s-Hertogenbosch, Hendrik Mahie.

 On właśnie całkowicie zamek przebudował w stylu angielskiego neogotyku, który nowy właściciel uwielbiał i tym samym stworzył obielktobiekt odbiegający od tego, co można oglądać w kraju tulipanów! Tworzyło to szczególną atmosferę, której niesamowitość była podnoszona przez historię Stapelen i budynku, który tylko z zewnątrz zachował swój charakter, ale wewnątrz prezentował się nowocześnie i  właściwie bez śladów swej przeszłości.

DSCN1838

Nigdy nie byłem i nie jestem przesądny, ale bardzo nie lubię jak czarny kot przebiegnie mi drogę. Podobnie oczywiście nie wierzę w duchy, ale świadomość, że mieszkam w miejscu, które niegdyś zajmowali braciszkowie, nie pozostawała bez wpływu na moje odczucia. Nie mogłem pozbyć się natrętnych myśli o tym, czy moi poprzednicy nie ulegli jakimś niezwykle grzesznym pokusom i być może teraz pokutują strasząc w miejscu zgorszenia. Zaraz potem wracałem z uśmiechem do rzeczywistości, ale na wszelki wypadek szykując się do snu kładłem tuż przy głowie latarkę, „aby w razie czego” lepiej „kontrolować sytuację”.

Po kilku dniach dorobiłem się kilku sprzętów, w tym zestawu wypoczynkowego składającego się z dwóch wygodnych sof. Siedziałem sobie właśnie po ciężkim i długim (bo dwunastogodzinnym) dniu pracy i zaopatrzony w szklankę ulubionej whisky, zatopiłem się w nowościach z rodzinnego kraju i świata chwytanych w internetowych portalach.

Słyszałem jak krąży mi krew wzmocniona szlachetnym trunkiem i własne myśli. Dźwięk klawisza na klawiaturze przypominał hałas emitowany przez przemieszczającego się w pustej hali fabrycznej wielkiego, człekokształtnego robota. Każdy mój ruch na skórzanym meblu zaś krzyczał niczym sprężyna starego, ratuszowego zegara. Przez chwilę zamknąłem oczy i delektowałem się tą szczególną ciszą i wraz z nią poddawałem się myślom o wyjątkowości tego miejsca. W pewnym momencie i nagle zaatakowały mnie dźwięki rozmowy mężczyzny i kobiety.

Nie pojmowałem jej, bo prowadzona była w niezrozumiałym dla mnie języku holenderskim. Była beznamiętna, ale wartka i dochodziła do moich uszu z mojej sypialni!!! Spojrzałem na czas wyświetlany na monitorze laptopa i zobaczyłem, że była punktualnie północ!!! Poczułem się tak jak zapewne musiał czuć się Indianin, który po raz pierwszy zobaczył białego człowieka! Absurdalność tej sytuacji kompletnie paraliżowała mój rozum. Byłem pewny, że słyszę rozmowę pokutującego tu ducha dawnego mieszkańca seminarium z kobietą, niechybnie obiektem jego grzesznego upadku!

Przez czas, trudny do określenia, nie byłem w stanie zrobić dosłownie niczego, nawet oddychać! Fakt, że pierwsze chwile przeżyłem bez szkody dla swego ciała i zmysłów ośmielił jednak mój rozum i zacząłem wybijać się na racjonalność. Rozmowa trwała z tym samym niezmiennym natężeniem. Nie było żadnej wątpliwości skąd dobiega. Drzwi sypialni były otwarte, a jej ściany wspólne z salonem, w którym siedziałem! Rozmówcy nie wykazywali jednak chęci do poznania mnie osobiście i to mnie ośmielało oraz powoli wyzwalało z paraliżu moje ciało i umysł. Mimo to nie odważyłem się wstać.

ghosts-572038_960_720

Zastanawiałem się czy mam czmychnąć gdzie mnie oczy poniosą, czy „chwycić byka za rogi” i poznać moich współlokatorów. Że to były duchy nie miałem wątpliwości! Po kilku minutach postanowiłem jednak stanąć oko w oko z duchami. Podniosłem się z sofy  niespiesznie i wstrzymując oddech. Stanąwszy nasłuchiwałem jakichkolwiek zmian. Rozmowa jak się zaczęła, tak trwała niezmiennie. Sukces pierwszego kroku spowodował, że ruszyłem (dość żwawym w tych warunkach) krokiem w kierunku czekającego na mnie wyzwania, zabrawszy po drodze latarkę, szczęśliwie położoną uprzednio pod ręką. Niezbyt szybko otworzyłem szerzej uchylone drzwi sypialni i omiotłem ją światłem latarki.

W sypialni nie powiesiłem jeszcze żadnej lampy. Wynik rozpoznania był żaden! Rozmowę słyszałem wyraźniej, ale nigdzie nie widziałem rozmówców! Na wszelki wypadek rozejrzałem się dookoła, ale nigdzie nie widziałem żadnej istoty, ani zjawy! Ponownie, tym razem wolniej, rozpocząłem oświetlanie sypialni punkt, po punkcie, od podłogi do sufitu, dokładnie i systematycznie, od lewego skraju zaczynając. Rozmowa wciąż trwała. Tak samo głośno, tak samo beznamiętnie i wciąż wyzwalając ciarki wzdłuż kręgosłupa. Kiedy światło skoncentrowało się na oknie naprzeciw drzwi ujawniły się moje duchy!

W jednej chwili stanęły mi przed oczami wszystkie wydarzenia z ostatnich godzin i zrozumiałem przyczynę swojego dramatu! Zobaczyłem bowiem radio z budzikiem. Takie niewielkie, tanie urządzenie, które właśnie po ostatnim dniu pracy zakupiłem w „Actionie” sklepie, gdzie za przysłowiowe grosze można było zaopatrzyć się w różne przydatne gadżety. Niewielkim suwakiem z lewej strony obudowy budziko-radia można było wybrać jedną z  trzech funkcji.

Pierwsza „Radio” pozwalała słuchać radia. Druga „Budzik” pozwalała ustawić na budzenie z kilku dostępnymi dzwonkami budzika, a trzecia „Auto” uruchamiała radio o wybranej godzinie budzenia. Duchy, wywołało to, że w zakupionym urządzeniu ustawiona była funkcja „Auto”, a fabrycznie budzenie (lub „alarm” jak kto woli) nastawione było na godzinę 00:00. Myślicie, że to było moje ostanie spotkanie z duchami w tym domu? Jak bardzo się mylicie!!!

 

Tekst:Kazimierz Górecki,

zdjęcia Boxtel: A.Badetko