Ekspresowa Holandia z trójką dzieci

f_ra_2836_0dd12

Do Niderlandów przegonił nas wyjątkowo deszczowy i zimny tydzień nad polskim morzem. Początkowo planowaliśmy wypad do kraju Astrid Lindgren, ale śledząc prognozy pogody dowiedzieliśmy się ze zgrozą, że wpakowalibyśmy się na tereny powodziowe. Zamiast jechać na północ, obraliśmy więc kurs na zachód.

Jako że nasza najmłodsza pociecha kiepsko znosi jazdę samochodem, kraj, w którym do większości interesujących miejsc można dojechać mniej więcej w godzinę, wydawał się nam szczególnie atrakcyjny.

Droga tradycyjnie upłynęła nam na przekonywaniu naszej trzylatki, że w samochodzie nie jest duszno, a jej nie jest niedobrze – co bywa bardzo frustrujące. Jednak kiedy dotarliśmy do kameralnego hotelu w Zwolle (około 120-tysięcznym mieście oddalonym o 118 km od Amsterdamu), okazało się, że było warto. Za niskim ogrodzeniem pasły się kucyki, które od razu zbliżyły się do nas ufnie, ku zachwytowi naszej najmłodszej latorośli.
Jak się wkrótce przekonaliśmy, w okolicy było bardzo dużo zwierząt. Istne mini-zoo, choć zadbane krowy, kury czy owce można było obserwować tylko z odległości, podziwiając okoliczne gospodarstwa

.

Tym, co urzekło nas w Holandii prowincjonalnej, był niewiarygodny porządek, urokliwe, wypieszczone domy i ogrody, i poczucie aż nierealnej sielskości. Pobudka o szóstej rano gwarantowała na przykład beztroskie popisy zajęcy na łące widocznej z hotelowego okna.
Być może przez kontrast, Amsterdam nas nie zachwycił. Nastawiliśmy się na dwa muzea (więcej zwiedzania trójka naszych pociech z pewnością by nie zniosła) i długi spacer z wózkiem po mieście. Zarówno muzeum van Gogha – z obsługą, która „wyłapała” nas z tłumu (dziecko w wózku) i poprosiła o wejście bez kolejki; oraz z audio-przewodnikami dla dzieci (w języku angielskim), jak i Rijks – z fenomenalnym, drukowanym przewodnikiem dla dzieci („family treasure trail”, także w języku angielskim) – choć zatłoczone, były bardzo interesujące dla wszystkich członków naszej rodziny od lat 10 wzwyż.

f_ra_2836_0dd12

W Rijksmuseum nawet naszą trzylatkę udało się zaciekawić olbrzymimi domkami dla lalek i piękną porcelaną. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że w takim składzie przybytki kultury staramy się zwiedzać galopem i zawsze pamiętamy o przerwach na przekąski i picie.
Po artystycznych uniesieniach ruszyliśmy w miasto, które wydało się nam niezbyt bezpieczne i dość brudne (opowieść o musze zapieczonej w naleśniku podanym w przyzwoitej restauracji w centrum miasta stała się już rodzinną anegdotą). Z ulgą zostawiliśmy więc za sobą stolicę i wybraliśmy się na poszukiwanie symboli Holandii: wiatraków w Kinderdijk.

GPS monotonnie informował nas o tym, gdzie powinniśmy jechać i gdy wydawało się, że jesteśmy już niemal u celu, ogłosił beznamiętnie: „Jedź trzysta metrów, potem skręć w prawo i WJEDŹ NA PROM”, co wprawiło nas w osłupienie.
Okazało się, że musimy pokonać zaledwie półkilometrowy odcinek, ale wrażenie było niezapomniane.

Po obfotografowaniu wiatraków z każdej możliwej strony, wróciliśmy do hotelu na zasłużony odpoczynek, pamiętając, że po „dniu dla dorosłych” czeka nas „dzień dla dzieci” – bajkowy park rozrywki Efteling w Kaatsheuvel, jeden z największych i najstarszych w Europie.
Choć wybraliśmy się tam dość wcześnie rano, widząc setki aut na parkingu, mieliśmy ogromną ochotę zawrócić (a po wizycie w paryskim Disneylandzie niełatwo nas zniechęcić), jednak po ataku paniki zostaliśmy – i nie żałowaliśmy.
Estetyka tego miejsca była bardzo specyficzna (przykro mi, ale tamtejsza Roszpunka nie miała w sobie nic z urokliwego, złotowłosego dziewczęcia), jednak dla każdego znalazło się coś miłego: dla najmłodszej – grające grzybki, sceny ze znanych baśni, świat krasnoludków, przejażdżka bajkowym pojazdem po torze umieszczonym kilka metrów nad ziemią – i nieśmiertelne karuzele; dla starszych – wyprawa dużą łodzią w świat tysiąca i jednej nocy, dom strachów, wirująca Villa Volta, rollercoaster, emocjonujące pontony, z których wysiedli mokrzusieńcy (na szczęście była piękna pogoda) oraz dziesiątki innych atrakcji. Wszyscy zapamiętamy też wyjątkowe kosze na śmieci, w formie pulchnych ludzików nawołujących „papiiiir hiiir”.

W Eftelingu jedliśmy bez wątpienia najsmaczniejsze naleśniki w Holandii – z bananami w czekoladzie i z jabłkami w karmelu. W ostatnim dniu naszego pobytu odwiedziliśmy delfinarium w Hardervijk. Oczywiście i tu towarzyszyły nam tłumy zwiedzających, ale widok słoni morskich, poruszających się z gracją pod wodą, był wart wyrzeczeń. W przeciwieństwie do – imponującego skądinąd – pokazu delfinów, który zachwycił dzieci, a w dorosłych wzbudził mieszane uczucia, podobne do tych, jakie wywołuje tresura zwierząt w cyrku.

W drogę powrotną wyruszyliśmy pełni wrażeń, przeglądając albumy malarstwa (mama), przeżywając wciąż na nowo wyprawę pontonem (dwunastoletni syn), marząc o pływaniu z delfinami (dziesięcioletnia córka) i tęskniąc za melancholijnymi kucykami (nasza trzylatka).

 

Autor: Mama Magda

za:http://czasdzieci.pl/ro_artykuly/id,2836af9.html tekst  umieszczony za zgodą portalu.