Holenderskie kino społecznego niepokoju

Także holenderski przemysł filmowy kooperuje z gigantycznymi hollywoodzkimi wytwórniami filmowymi lub z jakimś niewielkim studiem z państw sąsiednich.

Tym bardziej znaczące jest powstawanie takich filmów, jak Borgman (2013,  Alexa vam Warmerdama), który również jest koprodukcją, ale w tym przypadku udział Holandii jest dominujący. Tematem  jest obraz tamtejszego społeczeństwa, któremu wystawiona zostaje sroga i niepokojąca diagnoza. Tytułowy bohater, z pozoru zaniedbany włóczęga, pojawia się na progu zamożnej holenderskiej rodziny, prosząc o krótką gościnę. Zamiast tego zostaje brutalnie pobity przez impulsywnego gospodarza domu.

Borgman zostaje jednak w tajemnicy przyjęty pod dach przez panią domu, Marinę, która ulega niezrozumiałej fascynacji przybyszem. Ten z czasem zadomawia się na dobre, wchodząc jednocześnie w coraz bliższe relacje z poszczególnymi członkami rodziny.  Wówczas zaczynają się dziać niepokojące rzeczy. Domownicy zaczynają w agresywny sposób ujawniać swoje lęki, uprzedzenia i traumy, dotychczas głęboko skrywane.

Borgman oraz jego świta, która z czasem dołącza do niego, niczym do Bułhakowskiego Wolanda jest reprezentacją sił nieczystych, które zgodnie z wykładnią „Mistrza i Małgorzaty” okazują się mniej szkodliwe i niszczycielskie niż otaczająca nas rzeczywistość.

Film ten opiera się na konwencji thrillera, gubiąc ją jednak z czasem i przeistaczając się w dzieło surrealistyczne, od strony estetycznej bliskie realizmowi magicznemu. Oprócz scen z pogranicza jawy i snu, wprost zostaje ukazana degrengolada trawiąca bohaterów, zwłaszcza w ksenofobicznej scenie, która ukazuje sposób traktowania robotników o ciemnym kolorze skóry, co można uznać za komentarz do problematycznej w ostatnim czasie kwestii imigrantów przybywających do Holandii.

W innych fragmentach uwidacznia się z kolei typowe karierowiczostwo, które zostaje okupione poważnym nadwątleniem rodzinnych więzi.
Pod wieloma względami dzieło Warmerdama wydaje się bliskie nieco starszej produkcji, jaką jest Charakter (1997) Mike van Diem’a. Ta nagrodzona Oscarem adaptacja powieści Ferdinanda Bordewijka, jest stanowiącym wyraz realizatorskiego kunsztu arcydziełem filmowym.

Przedstawia historię Jacoba, nieślubnego syna znienawidzonego egzekutora długów, Dreverhaven’a. Ten drugi, będący swoistym odpowiednikiem Dickensowskiego Ebenezera Scroogea, przedstawiony jest jako manifestacja czystego zła oraz ucieleśnienie nie tylko tyrani, ale również destrukcyjnego obłędu. Konfrontacja między dwoma mężczyznami stanowi główną oś narracji. Bohaterowie poznają się w momencie, gdy Jacob dorasta i stara się rozpocząć karierę kancelarzysty w targanym niepokojami mieście, związanymi z budzącym się rodzącym się ruchem komunistycznym oraz sprzeciwem wobec zyskującej poklask ideologii nazistowskiej.

Z czasem Dreverhaven ujawnia odmienne oblicze, co widać w jednej z najpiękniejszych scen tego filmu. W środku nocy, mimo sprzeciwu wojskowych chroniących obszar, egzekutor próbuje dokonać zajęcia komorniczego w dzielnicy okupowanej przez komunistyczne bojówki. W trakcie dokonywania tych czynności, z nieznanego miejsca zaczynają padać strzały oraz obelgi pod adresem bohatera, który zamiast ukryć się, wpada w rodzaj transu i podąża w stronę niedoszłego zabójcy.

Przygnębiająca rzeczywistość kreowana jest nie tylko przez ukazanie skomplikowanych, toksycznych wręcz powiązań rodzinnych, ale również przez dynamiczny montaż, który w tym przypadku można uznać za majstersztyk. To on buduje napięcie filmu, tworzy jego unikatowy rytm, nie pozwala odczuwać znużenia. Niejako oddaje stan emocjonalny głównego bohatera, dla którego każdy dzień życia jest walką, nie tylko z własnym ojcem, ale również osobistymi słabościami i ułomnościami. Niebagatelną rolę w budowaniu klaustrofobicznej atmosfery odgrywa mroczny sposób ukazania miasta. Co ciekawe, większość zdjęć wykonano w polskim Wrocławiu.

Zarówno w film Warmerdam’a jak i Diem’a, społeczeństwo trawione jest zepsuciem, co prowadzi do rozkładu życia rodzinnego. O kryzysie społecznym traktuje również film Maarten’a Treurniet’a, Uprowadzenie Heinekena (2011), który odchodzi nieco od kwestii rodzinnych, skupiając się raczej na destrukcyjnym działaniu rozwarstwienia klasowego.

Film jest nie do końca wierną rekonstrukcją uprowadzenia słynnego piwowara, Freddy’yego Heinekena, które miało miejsce w 1983 roku. Wówczas, za uwolnienie przedsiębiorcy zapłacony został największy okup w historii.

Można spojrzeć na ten film od strony autentyczności względem faktów, ale w tej produkcji nie to wydaje się najatrakcyjniejsze. Podobnie jak w Charakterze, dominuje wątek konfrontacji dwóch bohaterów: tytułowego Heinekena, w którego wciela się znakomity Rutger Hauer, zapewne najbardziej znany za granicą Holenderski aktor, oraz najmłodszego z porywaczy, Rema, obwiniającego piwowara za życiową tragedię jego ojca, a byłego pracownika browaru. Zestawienie ze sobą tych dwóch bohaterów najpełniej oddaje niezrozumienie między ubogą, sfrustrowaną klasą społeczną, reprezentowaną przez młodzieńca oraz nieco oderwanymi od rzeczywistości, otaczającymi się blichtrem magnatami kapitalizmu.

Chociaż akcja filmu rozgrywa się na początku lat 80., to uwzględniając czas powstania, zasadnym zdaje się założenie, że produkcja odnosi się do kryzysu gospodarczego, jaki dotknął w ostatnich latach również Holandię. Zdesperowani bohaterowie wkraczają na ścieżkę przestępstwa nie tylko dla pieniędzy, ale także z powodu poczucia niesprawiedliwości, stając się przy tym szczególnie niebezpiecznymi. Reżyserowi udaje się zachować rzadko spotykany dystans, pokazując głównych bohaterów jako postacie niejednoznaczne moralnie.

Filip Nowak, PortalPOLSKA.pl
Fot. Artur Adamczyk, Storczyk.nl



(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

Busy do Polski – Holandii

Polska gazeta w Holandii