I po co było wyjeżdżać na te wczasy?

Do naszej redakcji napisał Robert z okolic Hagi:

Klęska, dramat. Od 16 lat jesteśmy małżeństwem i dotąd jakoś przebiegał rok za rokiem. Na ogół w pracy i od problemu do problemu, często dni chwytaliśmy w locie, w pośpiesznych rozmowach o domowych sprawach, o dzieciach, o spłacie kredytu, bo ciągle nie było czasu na spokojną rozmowę i jakoś mijał rok za rokiem.

Aż w te wakacje pojechaliśmy na wczasy i teraz było dużo czasu na przebywanie ze sobą. No i kłóciliśmy się o wszystko, a najwięcej o wychowanie dzieci. Teraz widzę, że nam bardzo nie po drodze. Za kilka lat dzieci będą odchowane i zdaje mi się, że tylko dla dobra tych dzieci jakoś ciągnąłem to małżeństwo, ale nie wiem, co będzie za kilka lat, gdy zabraknie tego spoiwa. Albo to chwilowy kryzys albo… sam nie wiem… Może trzeba odważnie się zdecydować. I po co było wyjeżdżać na te wczasy…?
________________________________________________
Piszcie do nas o problemach, także tych najtrudniejszych, intymnych (bez nazwisk, wystarczy imię) – kontakt: redakcja@storczyk.nl

Postaramy się coś podpowiedzieć.
________________________________________________

Radzi psycholog, seksuolog Jessica Swoboda:

Wspólny wyjazd na wakacje to nie był zły pomysł. Właśnie dlatego, że mogliście wreszcie spokojnie porozmawiać na różne tematy. Małżeństwo to sztuka kompromisów. Zawsze, w każdym, nawet najbardziej udanym związku, pojawiają się z czasem problemy, ale w byciu razem chodzi o to, bo potrafić się dogadać.

Skoro dajecie sobie czas na odchowanie dzieci, to może warto dobrze ten czas spożytkować? Przestańcie się mijać, „chwytać w locie”, spróbujcie przypomnieć sobie, co sprawiło, że się w sobie zakochaliście i dążcie do tego, by ten kryzys zażegnać. Spróbujcie także spojrzeć na siebie, na swoje zachowanie i obowiązki z perspektywy małżonka.

Czasy się zmieniły i mają trochę racji ci, którzy powtarzają, że żyjemy w XXI wieku – kiedyś to wy pracowaliście, by utrzymać dom, a my się nim zajmowałyśmy. Teraz zarabianie pieniędzy należy do obowiązków zarówno mężczyzn, jak i kobiet, wciąż jednak zbyt rzadko, panowie, pomagacie w domu, także przy dzieciach. Nie ma się czemu dziwić, że kiedy mamy na głowie pracę, dom i pociechy, myślimy o Was trochę mniej (nie oznacza to, że nie myślimy o Was wcale!). A przecież wystarczyłoby nas nieco w tym odciążyć i częściej moglibyśmy się cieszyć wspólnie spędzonym czasem. Wtedy nie czulibyście się tylko, jak sugeruje poniżej Starszy Pan, jak „bankomat, dostarczyciel dochodów”. To naturalne, że oddajemy się wychowaniu potomstwa – nie ma silniejszej miłości niż matki do dziecka, a że z natury jesteśmy altruistkami, poświęcanie się dla innych, można rzec, to nasza życiowa misja.

Pamiętajcie również, że wszyscy rodzimy się dziećmi. Nasze matki i nasi ojcowie również znaleźli się kiedyś w podobnym położeniu. W większości – wytrwali, co dowodzi, że jednak da się przez tę sytuację przebrnąć.
Ja skieruję swoją radę do Panów, Piotrusiów Panów. Jeśli nie jesteście w stanie wyjść z roli Piotrusia Pana, nie decydujcie się na dzieci. To przyjemność, szczęście rodzinne, ale również obowiązek.

Komentuje Starszy Pan: Typowe dla kobiet jest poświęcanie się dla dzieci, cały świat kobiety to te dzieci. Kobieta chce nieba dzieciom przychylić, ale często… kosztem swojego partnera, ojca tych dzieci, którego zaczyna traktować jak mebel domowy – owszem przydatny, ale stojący spokojnie na swoim miejscu i nie absorbujący uwagi. Mebel raz na tydzień starają się na mokro oporządzić i mu wystarczy, a całą uwagę poświęcają dzieciom, bo dzieci najważniejsze, bo świat się wokół tych dzieci kręci. A niektóre traktują partnera życiowego, jak chodzący do pracy bankomat, który co miesiąc wypluwa jakąś ilość pieniędzy. Gdy byłem nastolatkiem, to mnie śmieszyła i nieprawdziwa zdawała się postawa życiowa zgorzkniałego męża w Moralności pani Dulskiej, Felicjana, który przez cały spektakl raz się tylko odzywa: – A niech was wszyscy diabli! Bo ma dość zaborczej żony zajmującej się domem, dziećmi, układaniem intryg i spychającej go na margines życia rodzinnego. Taki mężczyzna czuje się upokorzony, sprowadzony do dostarczyciela dochodów. Aż pewnego dnia trafia na inną kobietę i czuje to, widzi, że dla tej innej jest kimś wyjątkowym, jest dla tej innej całym światem, ona mu powtarza: jesteś dla mnie ważny, jestem szczęśliwa, że ciebie spotkałam.

I wtedy mężczyzna odchodzi od żony, traktującej go jak mebel z funkcją bankomatu, często z krzywdą dla dzieci. Właśnie, z krzywdą dla dzieci, którym ich matka, a dla męża żona chciała nieba przychylić i dlatego tak się dla nich poświęciła, a ignorowała życiowego partnera. Dzieci stają się półsierotami, a kobieta zostaje sama. Aż trafi na innego, który właśnie, tak jak Felicjan Dulski już jest zdesperowany traktowaniem go przez własną żonę jak mebel domowy – stary, może nawet przydatny, ale nie wzbudzający uczuć. Cykl się powtarza… Tylko dzieci na tym najbardziej cierpią. Wyciągnijcie z tego wnioski, tak pewne siebie, panie Dulskie.

reklama


Odziez sportowa


Polska gazeta w Holandii