Nowa Museum Kaart

Od 1 marca w Holandii Museum Cart ma dwa oblicza. Pierwsze – mniej ludzkie  – ważne jest przez miesiąc. Drugie –bardziej  przyjazne  – używać można przez rok. Obie karty dla osób dorosłych kosztują  jednakowo po 59,90 euro. Dla osób poniżej 18 roku życia trzeba zapłacić za każdą po  32,45 euro.

Wprowadzili nowe zasady, ponieważ ludzie kupowali karty, a po powrocie do swego kraju dawali je innym. I tak z tej samej karty korzystało wiele osób – wyjaśniła mi uprzejmie pani w Van Abbe Museum w Eindhoven.

Natomiast , jeśli ma się holenderski adres można zamówić kartę via internet: https://www.museumkaart.nl/bestel.aspx

Zostanie ona przysłana do domu w ciągu 5 dni roboczych. Wtedy trzeba zarejestrować  ją przez  wirtualną sieć,  korzystając z poniższego linku:  https://www.museumkaart.nl/accountaanmaken

Nowa miesięczna karta to kawałek połyskliwego, śliskiego pomarańczowego papieru. Przypomina naklejkę. Jak widać z naszych obserwacji pracownicy muzeów lub kościołów, gdzie  karta jest akceptowana, nie wiedza o zmianach.

Na nowej, ważnej 31 dni karcie wpisuje się imię i nazwisko oraz daty: urodzenia i  zakupu. Wydatek zwraca się  po 2 dniach intensywnego zwiedzania muzeów (niekoniecznie amsterdamskich) oraz niektórych kościołów np.  w Thorn.  O tym, jak Holendrzy zarabiają na naiwności muzealnej turystów, napiszemy innym razem. W tym kontekście tylko warto wspomnieć, że Museum Kaart daje 12 euro zniżki na wystawę poświęconą H. Boschowi w Noord Braband Museum. A poza tym umożliwia darmowe wejście do 400 muzeów państwowych.

Czy to rozwiązanie pomoże Holendrom? Nie sądzę.

Po pierwsze mniej ludzi odwiedzi muzea, które nie są tak znane. I to one ucierpią, bowiem dużym oraz cenionym placówkom taki psikus władz nie zaszkodzi. Tłumy będą walić do nich drzwiami oraz  oknami.  Być w Amsterdamie i nie odwiedzić Rijksmuseum, to jak pojechać do Zakopanego i nie przejść po Krupówkach.  Zyskają być może muzea prywatne. One raczej nie stanowią wielkiej konkurencji dla  miejskich kolosów, ale bywają tańsze i niekiedy ciekawsze  np. Venus Temple w Amsterdamie.

Po drugie, wystarczyło nieco pomyśleć i bardziej  spersonalizować karty. Na  starych plastikowych prostokącikach  bez większego problemu można było zedrzeć naklejkę, na której wpisywano dane. Idealnym rozwiązaniem była by karta przypominająca np. naszą kartę europejskiego leczenia. Tę zresztą wydaje się w NFZ od ręki.

Po trzecie – wystarczyło wymagać przy okazaniu karty muzealnej np. dowodu osobistego, prawa jazdy, czyli dokumentu potwierdzającego tożsamość.

Przez prawie rok użytkowania tej karty ani razu nie zerknięto na zapisane na niej dane użytkownika. Wszyscy skupiali się na zeskanowaniu kodu i wydaniu biletu za zero euro. Było jakieś zaufanie, które mam wrażenie zanika w Holendrach.

Alicja Badetko