Pokonać strach przed lataniem

Czasem człowiek  boi się latać. Ale musi. I trzeba sobie z tym przykrym faktem poradzić. A efekt i tak będzie opłakany. Ale ad rem!

  1. Na śpiocha – nieprzespanie ¾ nocy gwarantuje lekką drzemkę w samolocie, o ile nie ma turbulencji, miejscówka jest z dala od silnika, skrzydeł i ubikacji. Spania nie będzie, jeśli za nami siedzi drące się dziecko lub współpasażer w słodkim półśnie zakłóca naszą przestrzeń osobistą. Ileż można się wtulać w okno…
  2. Na lekomana –  awiomarin plus ziołowy lek na uspokojenie w typie nerwosolu forte, neospazminy… . Bogu dzięki za apteki na lotnisku…  Mieszkanka działa, o ile łyknie się ją w odpowiednim momencie, jakieś 30 minut przed odlotem. Gorzej, jeśli zasypiamy jeszcze w poczekalni, natomiast wchodząc na pokład budzi się w nas życie… Sposób ten  prawidłowo zastosowany można śmiało połączyć z powyższym.
  3. Na muzyka – na uszach mamy słuchawki a przez kabelek płynie death metal lub jakiekolwiek „mocne uderzenie”… Nie zagłuszymy wprawdzie silników, ale efekt dla uszu bezcenny.
  4. Na czytelnika – jeśli zapomnimy swoich gazet, to w samolocie zawsze są ulotki promocyjne. A zapewniam, że  na kilku tysiącach metrów nawet podręcznik do fizyki kwantowej jest mega ciekawą lekturą… Zawsze też można liczyć, ile literek „a” jest w reklamówce  linii lotniczych…
  5. Na fascynata – siedzimy przy oknie  i zachwycamy się  chmurami  lub  innymi samolotami,  zgadując jakiej są linii i dokąd lecą… Jeśli lot jest wieczorem,  zauważmy że miasta i połączenia między nimi przypominają układ nerwowy…  Fascynacja może dotyczyć także naszych sąsiadów, którzy zamówioną zupkę chińską popijają gazowaną coca-colą… Ileż wytrzyma ich żołądek… Oto jest pytanie?  Arcyciekawie wygląda również napęczniałe opakowanie rogalika 7days…
  6. Na fotografa – opcja jest dostępna, jeśli siedzimy pod oknem. Usilnie nawet w deszczu staramy się zrobić jak najwięcej zdjęć  a  podczas lądowania nagrać krótki filmik lotu przez chmury.  Te ostatnie nie zaprotestują przed ujawnieniem ich wizerunku… a nasi znajomi na facebooku będą zachwyceni.
  7. Na gumę do żucia –miętolimy ją w buzi podczas  startu oraz lądowania . Nie będzie piszczało w uszach. I na czymś można się skupić. Lepiej wziąć gumy rozpuszczalne… mniejsze szkody dla  nas, jeśli się zakrztusimy. A mamy dodatkową pewność, że poziom cukru na pewno nie spadnie… Co najwyżej grozi nam hiperglikemia. Ale czym ona jest w porównaniu z sytuacją , w jakiej jesteśmy tu i teraz? Niczym. Wypadkiem przy pracy.
  8. Na oddechy – głęboko oddychamy. Ale nie przesadzajmy. Hiperwentylacja na kilku tysiącach metrów nie skończy się dobrze nawet u zdrowego człowieka… Nie mniej będąc bliżej Boga niż prawdy wiele kwestii  życiowych jest jakby mniej ważnych.
  9. Na współczucie – stewardom zaraz przy wejściu oświadczamy, że panicznie boimy się latać. Dyskretna uwaga i miłe podtrzymujące na duchu uśmiechy personelu gwarantowane… Współczucie oraz wsparcie współpasażerów również… Ludzie w takich sytuacjach zawsze jednoczą się. W 99% pojawią się pocieszenia: „Ja też tak latałem kiedyś. Rozumiem Ciebie. Ale popatrz na mnie dzisiaj!”. A ty myślisz, oczywiście nie pokazując tego na swej twarzy,  „I co z tego, jak cierpię. Koło mnie nie siedzi mega przystojniak / super laska, którzy w każdym momencie przytulą, pogłaskają po główce, kupią batonika…”. Do tego dodajmy kilka łez… Sukces gwarantowany… Gdyby nie to, że w tanich liniach nie ma klasy VIP – na bank zmienilibyśmy miejscówkę.
  10. Na gadułę – zaczepiamy z byle powodu współsiedzącego w rzędzie. Zawsze działa: „Przepraszam, która jest godzina?”. Bierzemy głęboki wdech i dodajemy: „Ech, mógłby ten lot skończyć się już…” itp.
  11. Na małpkę – alkohol na pokładzie jest dostępny. Podobnie, jak ubikacja. Z tym, że czasem długa jest do niej kolejka… A ruch pielgrzymów zaczyna się kilka minut po starcie, gdy pojawia się komunikat o rozpięciu pasów… Jak się okazuje komenda rozumiana wielorako… Nie radziłabym pić przed wejściem na pokład… bowiem w przypadku szału żołądka utkniemy w ubikacji lotniskowej … .
  12. Na głuchego – nie słuchamy obsługi pokładowej. Szczególnie unikamy skupiania się na życzliwych słowach kapitana: „Lecimy na wysokości 10 tys metrów z prędkością 800 km/h…” . W tej sytuacji informacja, że za 10 minut staniemy „na ziemi, tej ziemi”, nie budzi optymizmu.  Kiedy wracałam ze Szwecji , kapitan podał poza dokładną wysokością również głębokość i temperaturę Bałtyku… Jeszcze bardziej wyobraźnię pobudza instrukcja na wypadek sytuacji kryzysowej – czytaj „rozpierducha” nadchodzi. I co mi z tego, że wiem, jak założyć maseczkę tlenową lub kapok. Pływać i tak nie umiem…
  13. Na głowę między nogami własnymi – działa, ale w gruncie rzeczy pozycja niezbyt wygodna, zatem nie działa.
  14. Na głowę między nogami obcymi – można, ale po co?
  15. Na kota odwróconego ogonem – niedawno wracałam z Holandii . Musieliśmy pokrążyć nad lotniskiem… W takiej sytuacji należy zachwycać się   widokami  i nie przejmować lasem pełnym… brzóz, ale polskich brzóz.  Trzeba pomyśleć: „Przecież płacę za godzinę czterdzieści a lecę już prawie dwie. Taki otrzymałam bonus od linii lotniczych”. A potem jakiś człowiek robiący zdjęcia na lotnisku uwieczni naszą twarz. A my radośnie dodamy na profilu facebookowym lotniska: „To ja, ja, trzecie okno za  skrzydłem…”.
  16. Na planistę – planujmy, co będziemy robić po wylądowaniu. Oczywiście po regeneracyjnym wypaleniu papierosa…
  17. Na manipulatora – to poniekąd łączy się  z kilkoma innymi metodami, z tą jednak różnicą, że my tacy głupi nie jesteśmy. Wkręcić sobie pozytywnych bzdur nie umiemy. A kiedy za którymś z zakrętów w mózgu zatrzyma się myśl: „Przecież ja lecę w metalowym pudełku i jak to pi…nie, to ino roz…” przestaje być kolorowo. Wtedy nawet zdrowy rozsądek wpada w panikę.
  18. Na trzeźwo – to już wersja dla „hardkorowców”. Raz spróbowałam. Nie nakręcałam się przed lotem. Nawet nie obejrzałam żadnego odcinka dokumentu o lotniczych tragediach… Metoda działa do czasu. Lądując –  nerwy wzięły górę – wyłam tj. oczy żyły swoim życiem, kompletnie niezależnym od mojego…

 

Alicja Badetko